Filmy / Kino amerykańskie / Oscary

green book

11 marca 2019

Tagi: , , ,

Green book”
reż. Peter Farrelly

Prze­czy­ta­łam nie­daw­no książ­kę Kasi Czaj­ki-Komi­niar­czuk (piszą­cej w inter­ne­cie Zwierz Popkul­tu­ral­ny) na temat Osca­rów. Jeden z roz­dzia­łów był poświę­co­ny temu, jak zro­bić film ide­al­ny do zdo­by­cia sta­tu­et­ki. Poja­wi­ły się tam suge­stie, jako­by taki film miał poru­szać tema­ty mniej­szo­ści homo­sek­su­al­nej, napięć na tle raso­wym, opar­ty na praw­dzi­wej histo­rii, boha­te­rem powi­nien być jakiś arty­sta (naj­le­piej aktor, ale muzyk też da radę) i to płci męskiej. Co praw­da Zwierz pisze dalej, że człon­ko­wie Aka­de­mii Fil­mo­wej potra­fią nas zasko­czyć i wybrać coś zupeł­nie nie­ty­po­we­go. Nie mniej jed­nak, gdy­by się głę­biej zasta­no­wić, to „Gre­en Book” wyglą­da jak film skro­jo­ny pod Osca­ra. Co oczy­wi­ście nie umniej­sza temu, że jest to film bar­dzo dobry, któ­ry oglą­da się z przy­jem­no­ścią, a na koń­cu robi się cie­pło w ser­cu.

Tak rodzi się przyjaźń

Tony „Lip” Val­le­lon­ga (Vig­go Mor­ten­sen) to pro­sty facet, pocho­dzą­cy z emi­granc­kiej rodzi­ny, pra­cu­ją­cy jako ochro­niarz w klu­bach. Potra­fi zabluź­nić, przy­wa­lić komuś w twarz, Nie cier­pi czar­no­skó­rych. Don Shir­ley (Maher­sha­la Ali), zwa­ny rów­nież Dok­to­rem, to świa­to­wej sła­wy pia­ni­sta. Jest uta­len­to­wa­ny, wykształ­co­ny, boga­ty, kul­tu­ral­ny. I czar­no­skó­ry. W pew­nym momen­cie ich dro­gi się krzy­żu­ją. Tony potrze­bu­je pie­nię­dzy, a Don Shir­ley  szo­fe­ra-ochro­nia­rza. Wyru­sza bowiem na tra­sę kon­cer­to­wą na połu­dnie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Cho­ciaż Tony’emu nie jest łatwo prze­móc się, żeby pra­co­wać dla czar­ne­go, w koń­cu jed­nak decy­du­je się „prze­mę­czyć się” dla kasy.

Począt­ko­wo obaj pano­wie zakła­da­ją, że spę­dzą ze sobą kil­ka tygo­dni, będą się przez ten czas tole­ro­wać, a potem każ­dy rozej­dzie się swo­ją stro­nę. Róż­ni­ce mię­dzy boha­te­ra­mi wyda­ją się bowiem nie do poko­na­nia. Z cza­sem jed­nak, powo­li, obaj prze­ko­nu­ją się, że mogą wie­le się od sie­bie nauczyć i wie­le zyskać na tej wspól­nej przy­go­dzie.

Nie jedź na południe

Tak powin­no brzmieć ostrze­że­nie, któ­re usły­szy Don Shir­ley, gdy powie o pla­nach na swo­ją tra­sę kon­cer­to­wą. Lata 50. w Sta­nach to czas, kie­dy segre­ga­cja raso­wa była jesz­cze bar­dzo sil­na. Nie waż­ne, jak bar­dzo zna­nym i boga­tym czło­wie­kiem byłeś, nie waż­ne, że przy­je­cha­łeś jako gość hono­ro­wy – jeśli mia­łeś ciem­niej­szą skó­rę, nie mogłeś zjeść czy zała­twić się w tym samym pomiesz­cze­niu co bia­li. W tam­tym świe­cie przy­dat­ny był tytu­ło­wy „Gre­en Book” – bro­szu­ra infor­mu­ją­ca o miej­scach dostęp­nych dla czar­no­skó­rych, lista hote­li i restau­ra­cji, z któ­rych moż­na było bez­piecz­nie sko­rzy­stać. A kie­dy było mniej bez­piecz­nie oka­zy­wa­ło się, że bar­dziej sku­tecz­ne było przy­wa­le­nie komuś przez Tony­’e­go, niż kul­tu­ral­ne nego­cja­cje Dok­to­ra.

Nie być nigdzie

Jest taka sce­na w fil­mie, kie­dy Dok­tor mówi, że nie przy­na­le­ży do żad­nej gru­py – jest „za bia­ły na czar­ne­go, za czar­ny na bia­łe­go”. Jako boga­ty arty­sta nie czu­je się czę­ścią czar­no­skó­rej spo­łecz­no­ści, jako czar­no­skó­ry nie jest czę­ścią arty­stycz­ne­go świa­ta. Jeśli doda­my do tego jego orien­ta­cję sek­su­al­ną, mamy czło­wie­ka odrzu­co­ne­go przez cały świat. Cho­ciaż począt­ko­wo wyda­wać by się mogło, że może mieć wszyst­ko na wycią­gnię­cie ręki, z cza­sem oka­zu­je się, że tych rze­czy naj­waż­niej­szych nie­ste­ty nie da się kupić. Ale moż­na je zyskać

Po obejrzeniu „Green Book” robi się cieplej w sercu

Peter Farel­ly nakrę­cił bar­dzo pozy­tyw­ny film, któ­ry pozwa­la odzy­skać wia­rę w ludzi, w to, że dobro ist­nie­je. Nie jest żad­ną rewo­lu­cją w dzie­dzi­nie kine­ma­to­gra­fii i raczej niczym nas nie zasko­czy. Ale war­to go obej­rzeć, jako miły film na wie­czór.

 

2 likes
Close