Filmy / Kino francuskie

Mięso zawsze świeże

9 sierpnia 2013

Tagi:

Deli­ca­tes­sen”
Jean-Pier­re Jeu­net

Kino fran­cu­skie jest spe­cy­ficz­ne, co do tego prze­ko­na­łam się już dosyć dobrze oglą­da­jąc tro­chę pro­duk­cji z tego kra­ju. Jed­nak są fil­my, któ­rych spe­cy­ficz­ność i ory­gi­nal­ność prze­kra­cza wszel­kie gra­ni­ce. Takim fil­mem jest nie­wąt­pli­wie „Deli­ca­tes­sen”. Pierw­sze spo­tka­nie z tą pro­duk­cją zakoń­czy­ło się dla mnie poraż­ką.
Zachwy­co­na wyre­ży­se­ro­wa­nym rów­nież przez Jeana-Pier­ra Jeu­ne­ta „Bazy­lem, czło­wie­kiem z kulą w gło­wie” nie dałam rady obej­rzeć do koń­ca „Deli­ka­te­sów”. Tym razem, za spra­wą ple­ne­ro­wej pro­jek­cji na „Polów­ce” uda­ło się spro­stać całe­mu fil­mo­wi i docze­kać do zakoń­cze­nia.

Histo­ria opo­wia­da­na w fil­mie brzmi z jed­nej stro­ny prze­ra­ża­ją­co, z dru­giej zaś absur­dal­nie. W bli­żej nie okre­ślo­nej przy­szło­ści, w post-apo­ka­lip­tycz­nym świe­cie, gdzie bra­ku­je żyw­no­ści miej­sco­wy rzeź­nik i wła­ści­ciel kamie­ni­cy w swo­im skle­pie sprze­da­je mię­so nie koniecz­nie ludz­kie…

Świat, jaki stwo­rzył Jeu­net w swo­im fil­mie zde­cy­do­wa­nie nie nale­ży do nor­mal­nych. Z jed­nej stro­ny mamy znisz­czo­ne woj­ną mia­sto, gdzie ludzie wal­czą o prze­trwa­nie i poło­żo­ną na obrze­żach tego mia­sta kamie­ni­cę zarzą­dza­ną przez bez­względ­ne­go rzeź­ni­ka (Jean-Clau­de Drey­fus). Do tej wła­śnie kamie­ni­cy tra­fia były clown Luison, któ­ry nie­świa­do­my jest tego, co cze­ka go, gdy nie­opatrz­nie wyj­dzie na klat­kę scho­do­wą w nocy lub nie będzie miał pie­nię­dzy. Na szczę­ście budzi zain­te­re­so­wa­nie cór­ki wła­ści­cie­la – nie­co głu­piut­kiej Julii. Po dru­giej stro­nie mamy pod­ziem­ną opo­zy­cję gru­pę Toglo­dy­tów któ­rzy prze­ciw­sta­wia­ją się kani­ba­li­zmo­wi i żywią się jedy­nie reszt­ka­mi kuku­rydz i kieł­ków. Reży­se­ro­wi uda­ło się też stwo­rzyć absur­dal­ne posta­ci poza samy Luiso­nem w kamie­ni­cy mamy schi­zo­fre­nicz­kę Auro­rę pró­bu­ją­cą popeł­nić samo­bój­stwo na coraz to nowe spo­so­by czy męż­czy­znę miesz­ka­ją­ce­go ze śli­ma­ka­mi, któ­rych ilość znacz­nie prze­kra­cza nor­my.

Film Jeu­ne­ta powi­nien prze­ra­żać w koń­cu cho­dzi o kani­ba­lizm, jed­nak bar­dziej może bawić widza nie­co absur­dal­ny­mi pomy­sła­mi. Sta­no­wi cie­ka­wą mie­szan­kę maka­bry i kome­dii. Być może świat jest tak bar­dzo prze­ry­so­wa­ny i nie­moż­li­wy, że patrzy­my na to wszyst­ko z dużym dystan­sem i nie potra­fi­my na serio uwie­rzyć w posie­ka­nie tasa­kiem, a szyn­ka z bab­ci wywo­łu­je uśmiech na naszej twa­rzy, a nie obrzy­dze­nie? Pomi­mo swo­jej nie­re­al­no­ści film zwra­ca uwa­gę na praw­dę o isto­cie czło­wie­ka w sytu­acji zagro­że­nia i kry­zy­su w ludziach uwal­nia­ją się naj­bar­dziej pry­mi­tyw­ne instynk­ty.

Są fil­my, przy któ­rym nie moż­na pomi­nąć war­stwy wizu­al­nej. Tak jest wła­śnie w przy­pad­ku „Deli­ka­te­sów”. Zdję­cia i mon­taż to bar­dzo moc­ny punkt pro­duk­cji Jeu­ne­ta kolo­ry­sty­ka ciem­no-brą­zo­wa czy sce­na, w któ­rej każ­dy z miesz­kań­ców wyko­nu­je swo­ją pra­cę (?) we wspól­nym ryt­mie poka­zu­ją talent twór­ców fil­mu, dla któ­rych for­ma jest tak samo waż­na jak treść. Ponu­ra sty­li­sty­ka fil­mu uzu­peł­nia­na muzy­ką gra­ną na pile tyl­ko pod­kre­śla sytu­ację, w jakiej zna­leź­li się miesz­kań­cy mia­sta.
„Deli­ka­te­sy” to film nie dla wszyst­kich nie każ­de­mu przy­pad­nie do gustu cha­rak­te­ry­stycz­ny styl Jeu­ne­ta. Nie mniej jed­nak film wart uwa­gi, bo dale­ko odbie­ga­ją­cy od sche­ma­tów popu­lar­nych kino­wych pro­duk­cji.
0 likes
Close