Książki / powieść

Po trochu

2 stycznia 2018

Tagi: , , ,

Weronika Gogola "Po trochu" okładka książkiWeronika Gogola
„Po trochu”
Wyd. Książkowe Klimaty

Olszy­ny – nie­wiel­ka wieś w woje­wódz­twie pod­kar­pac­ki. Stąd jeź­dzi się do pra­cy do Tar­no­wa lub do Bie­cza. Albo nie jeź­dzi się nigdzie tyl­ko wypa­sa kro­wy na łące obok. To tu dora­sta­ła Wero­ni­ka Gogo­la, to tu jako dziec­ko bie­ga­ła po łąkach, wcho­dzi­ła na drze­wa, gra­ła w pił­kę i jadła lody Bam­bi­no. „Po tro­chu” to zbiór wspo­mnień z dzie­ciń­stwa autor­ki, któ­re przy­pa­dło na dru­gą poło­wę lat 90. Dwa­na­ście czę­ści, pod­czas któ­rych zde­rza­my się z życiem i śmier­cią. No wła­śnie…

Życiem…

Życie na wsi wyda­je się być bez­tro­skie, peł­ne rado­ści. W cią­gu dnia jeź­dzi się na rowe­rze, czy­ta Bra­vo lub słu­cha muzy­ki z walk­ma­na. Rodzi­ny są licz­ne i dom potra­fi wypeł­niać gwar cio­tek, wuj­ków i kuzy­nów, któ­rzy aku­rat mie­li potrzebę/ochotę przyjść.

Książ­ka pisa­na jest języ­kiem dziec­ka. Dużo w niej dzie­cię­cęj szcze­ro­ści, fan­ta­zji i pro­sto­ty. Świat dzi­wi małą Wero­ni­kę i cią­gle uczy cze­goś nowe­go. Jed­no­cze­śnie peł­no tutaj dzie­cię­cych fan­ta­zji, któ­re mie­sza­ją się z rze­czy­wi­sto­ścią. Jak jest się dziec­kiem, to moż­na bez­kar­nie mieć wyima­gi­no­wa­ne­go chło­pa­ka z Żoli­bo­rza, któ­ry kie­dyś napi­sze list, moż­na wybo­bra­żać sobie czer­wo­ne­go raka lub opo­ny w gło­wie.

…i śmiercią

W Olszy­nach rytm życia wybi­ja­ją kościel­ne dzwo­ny, któ­re biją rano, wie­czo­rem, na Anioł Pań­ski lub na pogrzeb. Bo dużo mamy w tym świe­cie śmier­ci, bar­dzo róż­nej śmier­ci. Od małych dzie­ci, któ­re led­wo co zosta­ły ochrzczo­ne, po wuj­ka Jan­ka, któ­ry dożył sta­ro­ści i z nadzie­ją wycze­ki­wał swo­je­go koń­ca. W dzie­cię­cym świe­cie śmierć była czymś nie do koń­ca zro­zu­mia­łym. Pierw­sza śmierć, z któ­rą zde­rza się Wero­ni­ka to mat­ka przy­ja­ciół­ki. Ostat­nia to ojciec. Każ­dej z nich towa­rzy­szą emo­cje, każ­da z nich coś zmie­nia i cze­goś uczy.

I już nie wie­dzia­łam, czy pła­czę dla­te­go, że cio­cia umar­ła, czy dla­te­go, że wuj­ko­wie pła­czą. Bo naj­go­rzej jest patrzeć na kogoś, kto nigdy nie pła­kał, a nagle zaczy­na szlo­chać. Bo to tro­chę tak, jak­by ci się walił dom,  jak­by zno­wu przy­szła powódź, jak­by spło­nął gie­es.

Po tro­chu” to debiut Wero­ni­ki Gogo­li. Książ­ka z pozo­ru wyda­je się cha­otycz­na, będą­ca cią­giem sko­ja­rzeń, któ­ry prze­ska­ku­je z jed­ne­go tema­tu na dru­gi, bo nar­ra­tor­ka wła­śnie sobie coś przy­po­mnia­ła. Powsta­je pat­chwork, gdzie obok trum­ny mamy pach­ną­ce cia­sto, a obok poża­ru – oglą­da­nie w tele­wi­zji dr Quinn. Wero­ni­ka Gogo­la umie­jęt­nie mie­sza ze sobą pro­ste przed­mio­ty z reflek­sja­mi na temat ludzi, rela­cji, emo­cji. Gdy jed­nak dotrze­my do ostat­nie­go, dwu­na­ste­go roz­dzia­łu, zro­zu­mie­my, jak spój­nie uka­za­ny jest pro­ces doj­rze­wa­nia, ucze­nia się świa­ta.

Mało kto wie, że ja zapa­mię­tu­ję wszyst­ko. Ale ja napraw­dę pamię­tam o wszyst­kim. Może kie­dyś gdzieś to zapi­szę, na wypa­dek jak­by na sta­rość zaczę­ło mi wie­trzeć z gło­wy. Jeśli doży­ję sta­ro­ści. Może nawet nie doży­ję stu­diów? Róż­nie może być.

 

0 likes
Close