Filmy / Kino amerykańskie

Rocketman

8 lipca 2019

Tagi: , , , , ,

Rocketman”
reż. Dexter Fletcher

Elton John jest obec­nie cał­kiem sta­tecz­nym 70-lat­kiem, posia­da męża i dwój­kę adop­to­wa­nych dzie­ci, tytuł szla­chec­ki nada­ny przez Kró­lo­wą Bry­tyj­ską, pro­wa­dzi spo­koj­ne i kul­tu­ral­ne życie. Jed­nak począt­ki jego karie­ry wyglą­da­ły zupeł­nie ina­czej. Począ­tek jego muzycz­nych wystę­pów to koń­ców­ka lat 60. Mło­dy Elton bar­dzo szyb­ko stał się gwiaz­dą i zaro­bił na swo­ich kon­cer­tach i pły­tach milio­ny. Nie trud­no w takich oko­licz­ność wpaść w nało­gi. Życie pio­sen­ka­rza zaczę­ły wypeł­niać nar­ko­ty­ki, alko­hol, sza­lo­ne impre­zy i dzi­kie prze­bra­nia na kon­cer­tach. „Roc­ket­man” zabie­ra nas w dzi­ką podróż po tym wszyst­kim, co wypeł­nia­ło życie mło­de­go muzy­ka.

Nazy­wam się Elton John. Jestem alko­ho­li­kiem, koka­ini­stą i buli­mi­kiem. Jestem też uza­leż­nio­ny od sek­su i od zaku­pów, i chciał­bym z tym skoń­czyć - tymi sło­wa­mi zaczy­na się film. Dziw­nie ubra­ny czło­wiek w sce­nicz­nym kostiu­mie sie­dzi na spo­tka­niu AA. Przez następ­ne dwie godzi­ny będzie­my obser­wo­wać na ekra­nie wyda­rze­nia, któ­re dopro­wa­dzi­ły do tego wyzna­nia.

W poszukiwaniu miłości i akceptacji

Wszyst­ko zaczy­na się w domu. Mały chło­piec, któ­re­go obser­wu­je­my w pierw­szych sce­nach fil­mu usil­nie zabie­ga o uwa­gę rodzi­ców – suro­we­go i chłod­ne­go ojca i zaję­tej kochan­kiem mat­ki. Na szczę­ście jest jesz­cze bab­cia – to ona zachwy­ci­ła się talen­tem wnu­ka i zapro­wa­dzi­ła go do szko­ły muzycz­nej. Moż­na uznać, że to jej zawdzię­cza­my fakt, że kil­ku­let­ni Regi­nald (tak brzmi praw­dzi­we imię Elto­na Joh­na) nie porzu­cił muzy­ki.

Potem swo­je ser­ce Elton John pró­bu­je wypeł­nić naj­pierw zwią­zu­jąc się z mana­ge­rem muzycz­nym Joh­nem Reidem (gra­nym przez Richar­da Mad­de­na), a potem bio­rąc ślub z Rena­te Blau­lel. Nie zoba­czy­my jed­nak na ekra­nie rado­ści i miło­ści pły­ną­cych z tych rela­cji. Reid to naj­czar­niej­szy cha­rak­ter fil­mu, zaś Rena­te poja­wia się na kil­ka minut, jak jakiś pomył­ko­wy epi­zod w życiu muzy­ka. Wszyst­ko to pro­wa­dzi nas do niby oczy­wi­ste­go, ale waż­ne­go wnio­sku, że sła­wa i pie­nią­dze nie dają szczę­ścia i że każ­dy potrze­bu­je miło­ści.

Bar­dzo waż­ną rolę w fil­mie, jak i w życiu, odgry­wa rela­cja mię­dzy Elto­nem Joh­nem a auto­rem tek­stów do jego pio­se­nek Ber­niem Tau­pi­nem. To przy­jaźń, któ­ra tak trwa przez cały okres doro­słe­go życia muzy­ka – od pierw­szej pio­sen­ki aż do cza­sów obec­nych. To nie­sa­mo­wi­te jak tych dwo­je ludzi dosko­na­le się rozu­mia­ła. Podob­no nie pokłó­ci­li się ani razu, a już na pew­no nigdy nie dopro­wa­dzi­li do sytu­acji, kie­dy ich przy­jaźń była­by zagro­żo­na.

Piosenki do każdego momentu w życiu

Bar­dzo dobrze spraw­dza się przy­ję­ta prze reży­se­ra musi­ca­lo­wa kon­wen­cja fil­mu. W „Roc­ket­ma­nie” umie­jęt­nie połą­czo­no twór­czość Elto­na Joh­na z wyda­rze­nia­mi z jego życia. Poka­zu­je to, jak dosko­na­le stwo­rzo­ne przez nie­go i Ber­nie­go Tau­pi­na pio­sen­ki wpa­so­wy­wa­ły się w aktu­al­ną sytu­ację życio­wą, jak bar­dzo odda­wa­ły nastrój i prze­my­śle­nia same­go muzy­ka. Dzię­ki sce­nom musi­ca­lo­wym pew­ne roz­wią­za­nia fabu­lar­ne – prze­sko­ki w cza­sie, sta­ny po zaży­ciu nar­ko­ty­ków czy też poka­za­nie tego, co sie­dzi w gło­wie Elto­na – były moż­li­we do poka­za­nia.

Cały film jest nie­zwy­kle kolo­ro­wy i dyna­micz­ny. „Roc­ket­man” świet­nie w swo­jej for­mie styl życia muzy­ka – ceki­ny, pió­ra, świe­ci­deł­ka, zaba­wa i sza­leń­stwo. Jest nie­co kiczo­wa­to i eks­cen­trycz­nie, ale taki wła­śnie był Elton John na począt­ku swo­jej karie­ry. Ogrom­ne bra­wa nale­żą się sce­no­gra­fom i twór­com kostiu­mów. Cho­ciaż więk­szość stro­jów to kopia ory­gi­na­łów, to wybra­no je i wyko­na­no świet­nie.

Taron Egerton as Elton John in Rocketman from Paramount Pictures.

Roc­ket­man” to film, któ­ry pomi­mo tego, że poka­zu­je cięż­kie chwi­le z życia Elto­na Joh­na ma w sobie mnó­stwo ener­gii. Ten film ma w sobie coś, o czym nie­co zapo­mnie­li twór­cy „Bohe­mian Rhap­so­dy” – pro­blem. Cho­ciaż nie trzy­ma się ide­al­nie fak­tów i nie moż­na zali­czyć go do kla­sycz­nych fil­mów bio­gra­ficz­nych, to oglą­da się go z cie­ka­wo­ścią. Z życia Elto­na Joh­na uda­ło się wybrać waż­ne dla opo­wia­da­nej histo­rii ele­men­ty, któ­re ład­nie two­rzą spój­ną całość. To nie jest film o robie­niu karie­ry, o osią­ga­niu kolej­nych muzycz­nych suk­ce­sów, ale film o poszu­ki­wa­niu swo­je­go miej­sca i swo­ich ludzi.

0 likes
Close