Europa / Podróże

Rumuńskie obalanie stereotypów

11 września 2011

Nie minął jesz­cze mie­siąc, więc póki jesz­cze pamię­tam i cały wyjazd nie zlał się w jed­no mgli­ste wspo­mnie­nie posta­no­wi­łam zapi­sać. Zbie­ra­łam się do tego od same­go powro­tu, bo war­to pozo­sta­wić ślad, wła­śnie po to, żeby nie zapo­mnieć. Cza­sa­mi nawet dwa tysią­ce zdjęć nie są w sta­nie odtwo­rzyć całej histo­rii, oddać emo­cji i reflek­sji, jakie towa­rzy­szy­ły wypra­wie.

Odkry­wa­nie świa­ta to napraw­dę bar­dzo cie­ka­we zaję­cie. Obser­wo­wa­nie ludzi, miejsc, przed­mio­tów, któ­re z pozo­ru nie wyda­ją się być atrak­cyj­ne potra­fi przy­nieść wię­cej war­to­ści niż kolej­na super atrak­cja z prze­wod­ni­ka. Zresz­tą to ludzie, zarów­no ci, z któ­ry­mi jedzie­my, jak i ci, któ­rych spo­ty­ka­my po dro­dze mają naj­więk­szy wpływ na to, jaki będzie wyjazd. Jadąc do Rumu­nii mia­łam w sobie (zresz­tą nie tyl­ko ja) pewien ste­reo­ty­po­wy obraz tam­tej­sze­go spo­łe­czeń­stwa: Rumun-bru­das, Rumun-żebrak, Rumun-zło­dziej czy Rumun-bie­dak, któ­ry przez cały wyjazd bar­dzo sku­tecz­nie oba­la­li­śmy. Pod koniec powstał nowy por­tret tam­tej­sze­go czło­wie­ka: Rumun-otwar­ty, Rumun-pomoc­ny i co chy­ba naj­waż­niej­sze: Rumun lubią­cy Pola­ków. To napraw­dę nie­sa­mo­wi­te, że są ludzie, któ­rzy tak entu­zja­stycz­nie reagu­ją na to, że ktoś pocho­dzi z Pol­ski. W tym miej­scu chcia­ła­bym pozdro­wić wszyst­kich miłych ludzi, któ­rzy zabra­li nas na sto­pa bez pie­nię­dzy (den­ty­stę, pana z samo­cho­dem od woże­nia okien, któ­ry pra­wie zgu­bił nam Tom­ka), pana ze skle­pu, któ­ry dał nam cebu­lę i pod­wiózł do auto­bu­su, ratow­ni­ka z pla­ży, któ­ry przy­gry­wał nam rosyj­skie pio­sen­ki. Oraz pana Janu­sza i jego syna – zwie­dza­nie Del­ty Duna­ju (nie Nilu nie­ste­ty) w takim towa­rzy­stwie było napraw­dę uro­czą przy­go­dą, nawet pomi­mo zagro­że­nia poża­rem przez nad­po­bu­dli­we­go chło­pa­ka.

Prze­mie­rza­jąc wzdłuż i wszerz cały kraj moż­na zoba­czyć wie­le napraw­dę kon­tra­sto­wych rze­czy. Były góry, było morze i pla­ża, była rze­ka. Były śre­dnio­wiecz­ne mia­sta (zwie­dza­ne w dzień i w nocy) i tro­chę wsi, kościo­ły, zam­ki, cmen­ta­rze, skan­sen – czy­li wszyst­ko. Taki zarys kra­ju, któ­ry poka­zu­je, że jest wie­le miejsc, do któ­rych chcia­ło­by się jesz­cze wró­cić. Co praw­da wszę­dzie trze­ba uwa­żać, bo dobra rekla­ma na okład­ce prze­wod­ni­ka może być mylą­ca i jak ktoś chce szu­kać śla­dów Dra­ku­li, to na pew­no nie w zam­ku w Bran (ale taka jest siła rekla­my, że się na nią nabie­ra­my – nie­któ­rzy pamię­ta­ją jesz­cze „wspa­nia­łe” Jaskół­cze Gniaz­do). Z zewnątrz może i ład­ny, ale w środ­ku niczym nie zachwy­ca, a już na pew­no nie stra­szy.
Za to malo­wa­ne mona­sty­ry na Buko­wi­nie spodo­ba­ły się nawet tym, co uni­ka­ją zwie­dza­nia kościo­łów i cer­kwi. UNESCO jed­nak wie, co robi. Podob­ne zresz­tą pozy­tyw­ne wra­że­nia pozo­sta­wił u wszyst­kich weso­ły cmen­tarz w Sapan­cie. Nawet to, że nie rozu­mie­li­śmy napi­sa­nych na gro­bach wier­szy­ków nie prze­szka­dza­ło w dobrej zaba­wie.
Peł­nie kon­tra­stów było to, co oglą­da­li­śmy, gdzie spa­li­śmy – od dzi­kie­go lasu z dzi­ki­mi psa­mi i kucy­ka­mi 😉 po dwu­gwiazd­ko­we (wg rumuń­skich stan­dar­dów oczy­wi­ście) hote­le. Tro­chę mniej kon­tra­sto­we było za to nasze menu – jeże­li ktoś będzie chciał kie­dyś napi­sać książ­kę kuchar­ską pt. „Maka­ron na tysiąc spo­so­bów” to słu­ży­my pomo­cą. Nie­mniej tak to jest, gdy jed­nym z pod­sta­wo­wych kry­te­riów sta­je się cena i pię­cio­ki­lo­wa pacz­ka maka­ro­ny wyda­je się być ratun­kiem od śmier­ci gło­do­wej.
Wró­ci­ło­by się tam jesz­cze raz na dłu­żej, cho­ciaż nadal zosta­ło wie­le zupeł­nie innych stron świa­ta do odwie­dze­nia. Może kie­dyś, kie­dy wol­ne­go będzie tro­chę wię­cej niż 20 dni w roku się uda.
0 likes
Close