„Alicja w Krainie Czarów”
reż. Tim Burton
Gdy oglądamy film mamy wrażenie, że ani to Alicja Lewisa, ani Burtona, najbardziej chyba Disneya, chociaż też nie do końca. Powstało coś pomiędzy tymi trzema stylami. Z klasyki literatury zaczerpnięto przede wszystkim postacie i nieco klimatu czarodziejskiego świata. Już w pierwszych scenach Alicja trafia na znane wszystkim czytelnikom ciasteczko z napisem „Zjedz mnie”, a w kolejnych scenach na ekran trafiają Szalony Kapelusznik (Johny Deep), znikający Kot z Cheshire, Królowa Kier i inne stworzone przez Lewisa postacie. Film był też lekko „burtonowski”, chociaż mroczny klimat nie był aż tak bardzo mroczny, jak można się było spodziewać po tym reżyserze. Po reżyserze „Gnijącej Panny Młodej” czy „Jeźdźca bez głowy” można się było oczekiwać mniej kolorów, a bardziej przerażającej, czarnej scenerii. Nie mniej jednak była to produkcja Disneya, który lubuje się w księżniczkach, kolorowych sukienkach i błękitnym niebie. Disneya charakteryzuje cukierkowy świat skierowany do dzieci i takiemu właśnie musiała ustąpić miejsca mroczna atmosfera Tima Burtona. Taka mieszanka trzech różnych światów była ciężka do pogodzenia i trzeba było pójść na kompromis.
Sama fabuła jest też zresztą naiwna i prosta. Nasza bohaterka idzie zgodnie z planem krok po kroku do celu, bez większych problemów (nawet jak są, to nie robią na widzach wrażenia) i dylematów moralnych. Przy nadmiarze wrażeń wizualnych zapomniano chyba o tych emocjonalnych.Spodziewałam się po tym filmie czegoś innego. Otrzymałam dobrze skrojoną baśń, którą spokojnie mogłabym polecić starszym dzieciom.



