Koniec wyjazdu zaczyna zbliżać się powoli. Uświadomiłam to sobie dzisiaj, kiedy byłam w „Starym Gradzie” i musiałam powiedzieć, że to moja ostatnia wizyta tutaj. I zrobiło mi się trochę smutno, że już niedługo wyjeżdżam. Zwłaszcza, że ludzie stamtąd też poczuli, że się ze mną zżyli. I pomimo tego, że większość naszych rozmów odbywała się z pomocą tłumacza, to jednak poczułam, że miło będą mnie wspominać. Przywiązałam się do ludzi i spraw tutaj i chociaż sześć tygodni to bardzo mało czasu, to jednak będzie mi tego brakować.I zrozumiałam, przez te dwa dni, że jeżdżenie gdzieś samemu jest straszne i nigdy w życiu nie zdecydowałabym się na jakąś dłuższą samotną wyprawę. Już dwa dni wystarczyły, żebym po powrocie w czwartek miała zaraz potrzebę umówienia się z kimś na kawę i pogadanie. I tak pomógł mi trochę fakt, że w hostelu, gdzie nocowałam spotkałam parę Polaków i mogłam chociaż wieczorem z kimś spędzić czas. Pobyt w Serbii nauczył mnie zdecydowanie jednego – kiedy podróżujesz i jesteś w nowym miejscu bardzo szybko zawiązują się nowe znajomości. A ludzie przypadkowo spotkani (czy ci w Niszu, czy w hostelu u Srgiana) od razu wydają się bliscy.

