Większość książek, które czytam to ciężka literatura poruszająca poważne tematy. Sięgam po trudne reportaże, które rozrywają serce i otwierają oczy na brutalną rzeczywistość, oraz po powieści przepełnione emocjami, często tymi bolesnymi i złożonymi. Lubię, gdy książka mnie dotyka, gdy wnika pod skórę i zostawia trwały ślad. Pociągają mnie opowieści, które prowokują do myślenia, kwestionują schematy i nie boją się poruszać mrocznych zakątków ludzkiej psychiki. To właśnie w takich lekturach znajduję największą wartość – w ich zdolności do poruszenia dogłębnie, do wzbudzenia empatii i do zmuszenia do refleksji.
Ale czasami przychodzi taki moment, kiedy czuję się zmęczona zbyt ambitnymi pozycjami, kiedy potrzebuję czegoś, co będzie czystą rozrywką i przyjemnością. Chcę, żeby książka mnie bawiła, a nie uczyła życia. Wtedy właśnie w moje ręce wpadają kryminały. Ale takie lekkie kryminały – albo komedie kryminalne, albo pozycje zaliczane do tzw. cozy crime. Nie lubię romansów, nie lubię młodzieżówek ani zwykłych obyczajówek, ale przy lekkiej odmianie literatury kryminalnej zawsze bawię się świetnie.
Komedie kryminalne w polskim wykonaniu
Muszę przyznać, ze to jeden z moich ulubionych gatunków literatury rozrywkowej. Idealnie poprawia humor podczas jesiennej pogody i daje powody do uśmiechu, gdy za oknem szaro i pada deszcz. Jest trup, ale nie specjalnie on przeraża. Jest morderca, ale opisywany bez szczególnego okrucieństwa. W końcu jest także pewność, że wszystko dobrze się skończy i nie trzeba się niczego bać.
Śmieję się pod nosem z kolejnych perypetii Tereski Trawnej w powieściach Marty Kisiel czy Agaty Śródki opisywanej przez Małgorzatę Starostę. Ostatnio bawiłam się fenomenalnie słuchając „Kto zabił mamusię” autorstwa tej drugiej. Albo dla odmiany śledzę włamywaczy ze starszą panią w powieściach Jacka Galińskiego. Jestem ciekawa, w co jeszcze wkopią się bohaterki i jak bardzo absurdalne okażą się ich przygody. A przy okazji jestem też oczywiście ciekawa, jakie jest rozwiązanie tej zagadki. Bo jednak o zagadki w tym wszystkim chodzi. Nie warto zastanawiać się, czy to wszystko ma sens i analizować, że główni bohaterowie już dziesięć razy powinni byli zginąć. W tym świecie im bardziej coś nie ma sensu, tym większe prawdopodobieństwo, że się wydarzy.
Polska komedia krymialna ma zresztą całkiem dobrą przeszłość w postaci Joanny Chmielewskiej. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał „Wszystko jest czerwone” czy „Krokodyl z Kraju Karoliny” to koniecznie musi nadrobić. W końcu w PRLu też zdarzały się zagadkowe zbrodnie, z którymi nie radziła sobie policja i musiały się za ni brać zwykłe obywatelki.
…i trochę bardziej spokojnie – cozy crime
Kiedy wolę się powzruszać zamiast pośmiać sięgam m.in. po serię o Florze Steel autorstwa Merryn Allingham. Chociaż są dość naiwne historie, które wiemy, że nigdy by nie mogły się zdarzyć (chyba nie zdarza się, że zwyczajna osoba co najmniej raz w roku natrafia na morderstwo), to jednak miło się to czyta. Zamiast widoku poćwiartowanych zwłok dostajemy klimatyczny opis angielskiej prowincji, gdzie każdy zakątek ma swoją historię, a my czujemy się jak gość w przytulnej, nieco staromodnej posiadłości. No i przy okazji ja bardzo mocno kibicuję relacji Flory i jej towarzysza Jacka i ciągle czekam, co z tego wspólnego rozwiązywania zagadek będzie 😛
Tak naprawdę przy okazji cozy crime muszę wspomnieć Agathę Christie i Pannę Marple. Ta poczciwa staruszka, która z pozoru jest tylko obserwatorką, a w rzeczywistości ma bystry umysł i niesamowitą intuicję ma w sobie bardzo dużo spokoju i cozy klimatu. Zresztą to od Christie zaczęła się moja fascynacja kryminałami. Nie lubię się bać, a przy książkach z Panną Marple czuje się raczej spokój i beztroskę niż strach.
Jakkolwiek to absurdalnie brzmi, kryminał też może być miły i przyjemny. Taki do czytania jesienią pod kocykiem z kubkiem kakao. Taki, po którym jest nam dobrze, a nie się boimy. Ja się do tego przekonałam i jako przerywnik pomiędzy tą mocną literaturą lubię sięgnąć po coś mniej dobijającego.


