O powieściach Macieja Siembiedy dowiedziałam się jakieś dwa lata temu podczas spotkania z autorem na festiwalu literackim „Granatowe Góry”. Od razu zaciekawiło mnie, jak autor opowiadał o researchach, które robi do książek, o poszukiwaniu pomysłów na zagadki w prawdziwych historiach, o próbie rozgryzania nierozwiązanych zagadek i zbrodni. A że kryminały to moja ulubiona literatura gatunkowa, to zaraz po powrocie do domu sięgnęłam po „444” – pierwszą książkę z cyklu o Jakubie Kani. I totalnie wsiąkłam. Niedawno wyszedł kolejny, ósmy już tom przygód byłego już prokuratora IPN pt. „Upiór” i przyznam, że chociaż rzadko rzucam się na nowości w tym przypadku od razu wzięłam się za lekturę. Bo w tych książkach jest coś, co sprawia, że czyta się je z zaciekawieniem i napięciem. Wartka akcja, dobrze zbudowana fabuła, mnóstwo historycznych faktów i tajemnic oraz zaskakujące rozwiązanie.
Kim jest Jakub Kania
Za sukcesem tej serii książek stoi zapewne postać głównego bohatera. Jakub Kania, na początku pracujący jako prokurator IPN, a potem w towarzystwie ubezpieczeniowym to człowiek, nieco irytujący, ale też taki, którego nie można nie lubić. Niezwykle inteligentny, przenikliwy, skrupulatny i bystry, a do tego dążący do prawdy za wszelką cenę. I nie tylko ze względu na swoją detektywistyczną żyłkę, ale także z powodu wrodzonej moralności i uczciwości. Nie może pozwolić, żeby coś zostało niewyjaśnione lub żeby na świecie nie było sprawiedliwości. Dlatego często prowadzi śledztwo nie dlatego, że zostało mu to zlecone przez pracodawców, lecz z własnej potrzeby.
Siembieda stworzył jednak bohatera, który jest nie tylko śledczym, ale także mężem, ojcem, synem. W tle kolejnych spraw nie brakuje elementów z prywatnego życia Kani. To postać niezwykle autentyczna, która obok swojej zawodowej doskonałości ma wiele niedoskonałości w życiu prywatnym.
Historia miesza się z fikcją
Punktem wyjścia do każdej powieści Macieja Siembiedy jest jakaś prawdziwa historia. Autor ma niezwykły dar znajdywania w prasie, w innych książkach, w dokumentach tajemniczych wydarzeń, które można rozwinąć. W kolejnych tomach mamy do czynienia m.in. z zaginionym kilkukrotnie obrazem Jana Matejki „Chrzest Warneńczyka”, z wyjątkowo cennymi diamentami oszlifowanymi podczas II wojny światowej, kopią obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej czy fałszerzami dzieł malarzy renesansowych. Za każdym razem, chociaż sama część kryminalna jest całkowitą fikcją, w książkach znajduje się zalążek prawdy. A czytając książki Siembiedy zastanawiamy się, ile.
Precyzja językowa
Muszę przyznać, że Maciej Siembieda w wyjątkowy sposób operuje słowem. Mało który pisarz z taką dokładnością i takim przywiązaniem do szczegółów opisuje świat. Dzięki temu jego książki mocno działają na wyobraźnię (co prawda nie zostawiają też często pola do domysłów). Wiemy jaki kolor swetra miał bohater, z jakimi owocami zamówił ciasto, jaki dywan leżał na podłodze pokoju czy po której stronie ulicy stoi budynek. Każdy detal ma znaczenie. I chociaż przez te szczegółowe opisy książki nie należą do najcieńszych, to czyta się je bardzo sprawnie. Nie są to bowiem rozwleczone opisy nic nie wnoszące do fabuły, lecz dynamiczne fakty, które pomagają nam lepiej odnaleźć się w opisywanym świecie.
Do tej pory wyszło osiem książek z cyklu z Jakubem Kanią
- „444”,
- „Miejsce i imię”,
- „Wotum”,
- „Kukły”,
- „Kołysanka”,
- „Orient”,
- „Sobowtór”,
- „Upiór”.
Odsłuchany właśnie przez mnie niedawno „Upiór” opowiada o tafefobii, czyli lęku przed pochowaniem żywcem. Cierpią na to zarówno główny bohater powieści, jak i nasz noblista Władysław Reymont.
Cykl książek Macieja Siembiedy to chyba jedyna seria, którą przeczytałam w całości. W większości przypadków porzucałam jakiś cykl po 2, maksymalnie trzech tomach. W tym przypadku jednak każdy kolejny tom okazywał się równie ciekawy, jak poprzedni. No i co najważniejsze, stanowi odrębną historię, więc nie trzeba pamiętać szczegółów, o których czytało się dwa lata temu.


