„Ministranci”
reż. Piotr Domalewski
Małe miasteczko, duże problemy i grupa czterech chłopców. Łączy ich przyjaźń oraz wiara w Boga. No i chęć niesienie dobra innym ludziom oraz lekka naiwność. „Ministranci” to opowieść o małomiasteczkowych Robin Hoodach, którzy jednak czyniąc dobro muszą się zmierzyć z wieloma przeszkodami i nauczyć, że życie jest jeszcze trudniejsze niż im się wydawało.
Czwórka głównych bohaterów ma po kilkanaście lat, nagrywa hiphopowe piosenki, chodzi do szkoły, a popołudniami służy do Mszy w kościele. Stanowią zgraną paczkę, chociaż pochodzą z zupełnie różnych domów świetnie się dogadują. Ich wiara w dobro tego świata zostaje jednak zburzona – najpierw przez niesprawiedliwy wynik konkursu dla ministrantów, potem zaś gdy dowiadują się, że datki składane na potrzebujących trafiają nie tam, gdzie powinny. Postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i rozdać kasę tym, którym się należy tworząc „gang niebieskiej kominiarki”. Od prostego podrzucania ludziom kopert z gotówką przechodzą do dużo poważniejszych spraw, które teoretycznie wykraczają znacząco poza ich młodzieńcze możliwości. Kiedy odkrywają, co dzieje się w domu ich koleżanki z kościelnego chóru cała sprawa przestaje być tylko dziecięcą zabawą. Odkrywają, że w świecie jest kłamstwo, obłuda, przemoc i hipokryzja. Film bowiem oprócz świetnie zrobionych wątków komediowych pokazuje mnóstwo dramatu – przemoc w rodzinie, zaniedbanie, biedę czy depresję.

Świetnie oglądało się na ekranie aktorów wcielających się w naszych młodych bohaterów. Tobiasz Wajda, Bruno Błach-Baar, Mikołaj Juszczyk i Filip Juszczyk, chociaż dopiero debiutują potrafią odnaleźć się na ekranie. Widać, że reżyser nie silił się na nic i pozwolił im być sobą. Bardzo często dialogi czy zachowania odstają od naturalności nastolatków, tutaj jednak czuć, że jest to naprawdę świat, w jakim żyją młodzi ludzie, a nie taki, jaki stworzyli im na potrzeby kina dorośli. Jest w tym graniu wiele swobody i luzu, jest jakaś naturalna charyzma i dziecięca energia.
W polskich filmach o Kościele mówi się różnie. Z jednej strony mieliśmy „Kler” Wojciecha Smażowskiego, który pokazywał największe zło księży, z drugiej zaś np. „Johnego” o prawdziwej miłości i dobru. W tym wszystkim „Ministranci” plasują się gdzieś po środku – zderzają ze sobą chciwych księży z dobrymi chłopakami służącymi do Mszy. Pokazują, że chociaż nieraz instytucja zawodzi, to Bóg i wiara mogą dać ludziom wiele dobrego. W filmie wyraźnie widać, że idolem bohaterów jest Jezus i chcą go naśladować w tym najlepszym znaczeniu. Trochę po swojemu, trochę w młodzieżowy sposób, ale czerpią z niego odpowiedzialność za drugiego człowieka, potrzebę dawania innym czy bezinteresownej pomocy. Dostajemy bardzo ciekawe zestawienie instytucji z chrześcijańskim duchem.
Tym, co jeszcze urzekło mnie w filmie Piotra Domalewskiego jest przyjaźń. Taka przyjaźń „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Chociaż jak to w młodzieńczym świecie bywa, chłopaki kłócą się, obrażają na siebie, to jednak nigdy nie zostawią drugiego w potrzebie. Jak mówi Mały Kurczak „Jezus się dał za bić, że nieznajomych, a ja nie mam się przyznać do ziomków?”.
Rzadko zachwyca mnie polskie kino, bo rzadko można trafić w nim coś świeżego, oryginalnego i jednocześnie mało patetycznego. Ale „Ministranci” tacy nie są. Są swojscy, są autentyczni. I dlatego warto zobaczyć ten film.



