Książki / powieść

Portrety ze słów

8 kwietnia 2020

Tagi: ,

Alessandro Baricco
„Mr Gwyn”
Wyd. Sonia Draga

Kie­dy w zeszłe waka­cje po raz pierw­szy spo­tka­łam się z Ales­san­dro Baric­co czy­ta­jąc „Pan­nę Mło­dą” nie mogłam wyjść z zachwy­tu nad ory­gi­nal­no­ścią auto­ra i umie­jęt­no­ścią budo­wa­nia magicz­ne­go świa­ta. Dla­te­go też musiał nadejść taki moment, że się­gnę­łam po kolej­ną książ­kę Baric­co peł­na ocze­ki­wań, co tym razem zoba­czę. „Mr Gwyn” nie zawiódł. Cho­ciaż jest zupeł­nie inny jeśli cho­dzi o czas, miej­sce i histo­rię, to coś łączy obie książ­ki. Mamy podob­ny tajem­ni­czy kli­mat, boha­te­ra, o któ­rym wie­my nie­wie­le, ale wystar­cza­ją­co dużo, żeby wyro­bić sobie o nim zda­nie i wąt­ki, któ­re bie­gną w nie­wia­do­mym kie­run­ku, plą­czą się i zry­wa­ją.

Kim jest właściwie Mr Gwyn?

Zacznij­my od tego, że Jasper Gwyn jest pisa­rzem. Cał­kiem zna­nym i cenio­nym. A wła­ści­wie był, bo pozna­je­my go w momen­cie, kie­dy posta­na­wia opu­bli­ko­wać listę 52 rze­czy, któ­rych już nigdy w życiu nie zro­bi. Ostat­ni punkt na liście brzmi: nie napi­szę wię­cej ksią­żek. I nie jest to żart, pró­ba zwró­ce­nia na sie­bie uwa­gi, czy chwi­lo­wy kry­zys twór­czy. Jasper Gwyn trak­tu­je swo­ją dekla­ra­cję bar­dzo poważ­nie i nie zamie­rza, ku roz­pa­czy swo­je­go wydaw­cy i naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la Toma, stwo­rzyć ani jed­nej książ­ki wię­cej. Nie­ste­ty „porzu­ce­nie ksią­żek zro­dzi­ło pust­kę, któ­rej nie potra­fił wypeł­nić ina­czej, jak zastęp­czy­mi nie­do­sko­na­ły­mi i pro­wi­zo­rycz­ny­mi obrzę­da­mi, do któ­rych zali­czyć nale­ży ukła­da­nie zdań w gło­wie czy idio­tycz­ne powol­ne sznu­ro­wa­nie butów. Po wie­lu tygo­dniach zasta­na­wia­nia się nad tym, co teraz mógł­by robić i czym zająć swój czas znaj­du­je nowy cel w życiu – two­rze­nie por­tre­tów. Ale nie takich zwy­kłych por­tre­tów – Gwyn chce je bowiem pisać.

Katarzyna Medycejska i mistrz z Campen Town

Daw­ny garaż, w któ­rym na pod­ło­dze widać śla­dy ole­ju, a na ścia­nach poja­wia­ją się wykwi­ty wil­go­ci. Usta­wio­ne w nim sta­re łóż­ko, dwa fote­le i krze­sła. W tle lecą­ce „pasmo dźwię­ków wstrzy­mu­ją­ce czas i wypeł­nia­ją­ce pust­kę pozba­wio­nym współ­rzęd­nym mija­niem”, któ­re zmie­nia się w spo­sób nie­do­strze­gal­ny i płyn­ny. Oraz 18 żaró­wek, Kata­rzyn Medy­cej­skich, któ­re dają dzie­cin­ne świa­tło i gasną w odpo­wied­nim momen­cie oznaj­mia­jąc koniec. To wszyst­ko two­rzy pra­cow­nię, gdzie Gwyn spę­dza ze swo­im klien­tem 32 popo­łu­dnia w mil­cze­niu obser­wu­jąc go, ana­li­zu­jąc i pisząc. W tej prze­strze­ni niby dzie­je się nie­wie­le – dwie oso­by sie­dzą, leżą lub cho­dzą i patrzą na sie­bie – ale z w tym cho­dze­niu i patrze­niu dzie­je się całe ludz­kie życie.

Usiadł i dłu­go się w nią wpa­try­wał. Z bli­ska jak nigdy dotąd, przy­glą­dał się szcze­gó­łom, zagłę­bie­niom w cie­le, odcie­niom bia­łej skó­ry, drob­nym zna­kom. Nie zamie­rzał nicze­go utrwa­lać w pamię­ci, nie­po­trzeb­ne mu t było do por­te­ru, ale dzię­ki temu patrze­niu nabrał ukry­te­go poczu­cia bli­sko­ści, któ­re poma­ga­ło i otwie­ra­ło przed nim szer­sze per­spek­ty­wy, Pozwo­lił, by czas pły­nął, nie pospie­szał myśli, któ­re napły­wa­ły poje­dyn­czo i bez ładu, jak ludzie z dale­ka.

Cała histo­ria owia­na jest pew­ną tajem­ni­cą. Nie wie­my do koń­ca (nie tyl­ko czy­tel­ni­cy, ale tak­że pozo­sta­li boha­te­ro­wie powie­ści), jaki plan ma Gwyn, na czym pole­ga jego eks­pe­ry­ment. Autor nie zdra­dza nam zbyt wie­le. Nie daje nam też do prze­czy­ta­nia ani jed­ne­go por­tre­tu, ani jed­ne­go zda­nia, jakie wyszło spod pió­ra Gwy­na. Być może dla­te­go, że jed­nym z warun­ków otrzy­ma­nia por­tre­tu było zacho­wa­nie go przez mode­la tyl­ko dla sie­bie? Przez dużą część książ­ki patrzy­my na wyda­rze­nia ocza­mi Rebe­ki, asy­stent­ki Jaspe­ra, któ­ra jest jed­no­cze­śnie pierw­szą spor­tre­to­wa­ną przez nie­go oso­bą. Przez ten zabieg wie­my jesz­cze mniej. Nie może­my bowiem wejść w gło­wę Gwy­na, nie pozna­je­my zbyt wie­lu jego myśli i emo­cji. Pozo­sta­je nam zado­wo­lić się postron­ny­mi obser­wa­cja­mi – tro­chę tak, jak z boku obser­wo­wał on por­tre­to­wa­ne przez sie­bie oso­by. Aż do ostat­nich roz­dzia­łów książ­ki, kie­dy Baric­co fun­du­je nas zaska­ku­ją­ce zakoń­cze­nie i wywra­ca wszyst­ko do góry noga­mi.

Przede mną teraz trze­cia książ­ka Baric­co. Cho­ciaż wła­śnie nie do koń­ca może Baric­co… Na czyt­ni­ku cze­ka już „Trzy razy o świ­cie” – taki tytuł nosi jed­na z powie­ści napi­sa­nych przez Jaspe­ra Gwy­na. Tak, jak Gwyn lubił bawić się ze swo­imi czy­tel­ni­ka­mi, tak Baric­co podej­mu­je pew­ną zaba­wę pisząc powieść napi­sa­ną przez swo­je­go boha­te­ra. A zna­jąc kon­tekst i oko­licz­no­ści jej powsta­nia na pew­no będzie­my odczy­ty­wać ją nie­co ina­czej.

Jasper Gwyn nauczył mnie, że nie jeste­śmy posta­cia­mi, jeste­śmy histo­ria­mi.

0 likes
Close