Książki / reportaż

W celu niesienia pomocy

28 kwietnia 2020

Tagi: , , ,

Beata Sabała-Zielińska "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć" Wydawnictwo Prószyński - okładka książki

Beata Sabała-Zielińska
TOPR. Żeby inni mogli przeżyć”
Wydawnictwo Prószyński i S‑ka

Mam ogrom­ny sza­cu­nek do ratow­ni­ków TOPR. Uwa­żam, że trze­ba być nie­sa­mo­wi­cie spraw­nym, sil­nym, roz­sąd­nym i odpor­nym psy­chicz­nie czło­wie­kiem, żebym móc zaj­mo­wać się ratow­nic­twem gór­skim. Zawsze podzi­wia­łam, jak szyb­ko, spraw­nie potra­fią dzia­łać toprow­cy w skraj­nie trud­nych warun­kach, na wyso­ko­ści 2000 metrów, w pio­no­wej ścia­nie czy w śnie­gu po kola­na. Ale po prze­czy­ta­niu książ­ki Beaty Saba­ły-Zie­liń­skiej „TOPR. Żeby inni mogli prze­żyć” podzi­wiam ich jesz­cze bar­dziej. Na co dzień wie­my tyl­ko o tych naj­bar­dziej spek­ta­ku­lar­nych akcjach, takich jak zeszło­rocz­ne dzia­ła­nia w Jaski­ni Śnież­nej czy po burzy na Gie­won­cie. Jed­nak ratow­ni­cy wyru­sza­ją w teren pra­wie 700 razy rocz­nie! A w górach nawet naj­prost­sza z pozo­ru akcja może oka­zać się trudna.

W Tatrach nie ma łatwych akcji. Wszyst­kie są trud­ne, w każ­dym razie trze­ba tak zało­żyć i w ten spo­sób do nich pod­cho­dzić – pod­kre­śla Hen­ryk Flor­kow­ski – Mówie­nie o jakiejś akcji, że jest łatwa, może spo­wo­do­wać pod­świa­do­me jej baga­te­li­zo­wa­nie, tym­cza­sem do nicze­go, co jest zwią­za­ne z ratow­nic­twem śmi­głow­co­wym, nie moż­na pod­cho­dzić z lekceważeniem.

Tatrzań­skie Ochot­ni­cze Pogo­to­wie Ratun­ko­we ist­nie­je bez prze­rwy, cho­ciaż pod róż­ny­mi for­mal­nie szyl­da­mi, od 1909 roku. W cią­gu tych ponad 110 lat dzia­łal­no­ści przez jego struk­tu­ry prze­wi­nę­ło się ponad 700 osób, obec­nie w teren wyru­szyć może ok. 150. Beata Saba­ła-Zie­liń­ska poka­zu­je nam TOPR zarów­no ten histo­rycz­ny, przy­bli­ża­jąc, jak bar­dzo zmie­nia­ły się warun­ki pra­cy na prze­strze­ni lat, jak i ten współ­cze­sny, z któ­rym mamy do czy­nie­nia dzi­siaj. Roz­ma­wia z ludź­mi i zapi­su­je dzie­siąt­ki wspo­mnień, naj­cie­kaw­szych i naj­trud­niej­szych akcji, emo­cji, któ­re im towa­rzy­szy­ły. To wszyst­ko skła­da się na cał­kiem roz­bu­do­wa­ną i prze­kro­jo­wą opo­wieść. W książ­ce „TOPR. Żeby inni mogli prze­żyć” pozna­je­my wszyst­kie sek­cje ratow­nic­twa i wszyst­kie waż­ne obsza­ry dzia­łal­no­ści ratow­ni­czej. A tych jest cał­kiem spo­ro. Ina­czej dzia­ła­ją ratow­ni­cy w ścia­nie, ina­czej w jaski­ni, a jesz­cze ina­czej pod­czas akcji lawi­no­wej. Ina­czej wyglą­da akcja, kie­dy trze­ba ścią­gnąć ze szla­ku oso­bę ze skrę­co­ną kost­ką, a ina­czej, gdy wyru­sza się rato­wać ludz­kie życie, któ­re wisi, dosłow­nie i w prze­no­śni, na cien­kiej nitce.

TOPR to przede wszystkim ludzie.

Histo­rie opi­sa­ne w książ­ce zosta­ły zebra­ne od ok. 50 ratow­ni­ków, z któ­ry­mi mia­ła oka­zję przez ponad rok roz­ma­wiać Saba­ła-Zie­liń­ska. Autor­ce uda­ło się nawią­zać ze swo­imi roz­mów­ca­mi więź, dzię­ki któ­rej pozna­ła ona ich moty­wa­cje, towa­rzy­szą­ce im emo­cje oraz to, jak wyglą­da ich życie poza służ­bą. Duża w tym zasłu­ga wie­lu lat jej rze­tel­nej współ­pra­cy z TOPR jako redak­tor­ki radio­wej, kie­dy dała się im poznać jako wraż­li­wa, a nie szu­ka­ją­ca sen­sa­cji. Widać bar­dzo, że toprow­cy ufa­li jej i z chę­cią dzie­li­li się swo­imi prze­my­śle­nia­mi. Pozna­je­my ich nie tyl­ko od stro­ny zawo­do­wej, ale cza­sa­mi też pry­wat­nej. Bo ten super­bo­ha­ter, któ­ry bez wzglę­du na wszyst­ko wyru­sza rato­wać też cza­sa­mi się boi, dener­wu­je i ma dyle­ma­ty, ma żonę, któ­ra cze­ka na nie­go w domu modląc się o szczę­śli­wy powrót. I nie zawsze jest idealny.

To, co zro­bi­ło na mnie ogrom­ne wra­że­nie pod­czas lek­tu­ry to uświa­do­mie­nie sobie, na jak wie­lu rze­czach musi znać się ratow­nik tatrzań­ski. Cho­ciaż są dział­ki, w któ­rych spe­cja­li­zu­ją się wybra­ni, jak np. nur­ko­wa­nie w jaski­niach, to do więk­szo­ści akcji muszą być goto­wi wyru­szyć wszy­scy. Z każ­dym kolej­nym roz­dzia­łem książ­ki docho­dzi­ły następ­ne histo­rie, któ­re poka­zy­wa­ły, co może cze­kać ratow­ni­ka. Człon­ko­wie TOPR muszą być bie­gli we wspi­nacz­ce, w nar­ciar­stwie, w nawi­ga­cji, w psy­cho­lo­gii, w medy­cy­nie, logi­sty­ce i zarzą­dza­niu zespo­łem… Jak do tego doło­ży­my kon­dy­cję fizycz­ną i psy­chicz­ną dosta­je­my por­tret czło­wie­ka, któ­ry wyda­je się nie ist­nieć. A jed­nak ist­nie­je. I bez wzglę­du na porę dnia czy warun­ki atmos­fe­rycz­ne jest gotów rato­wać ludz­kie życie, bo przy­się­gał „że póki zdrów jestem, na każ­de wezwa­nie Naczel­ni­ka lub jego Zastęp­cy – bez wzglę­du na porę roku, dnia i stan pogo­dy – sta­wię się w ozna­czo­nym miej­scu i godzi­nie odpo­wied­nio na wypra­wę zaopa­trzo­ny (…) w celu poszu­ki­wać zagi­nio­ne­go i nie­sie­nia mu pomo­cy”.

Leje, wie­je, zim­no, a oni wiszą na pół­ce skal­nej albo zabez­pie­cza­ją pacjen­ta gdzieś na stro­mym wznie­sie­niu pil­nu­jąc, żeby nie spaść z nim w prze­paść. Wkłu­wa­ją się w żyły przy zaci­na­ją­cym desz­czu, intu­bu­ją, gdy sie­cze lodo­wa­ty wiatr, reani­mu­ją w tere­nie, w któ­rym trud­no zła­pać rów­no­wa­gę. Ści­ga­ją się z cza­sem i mie­rzą się z roz­wście­czo­ny­mi siła­mi natu­ry, zda­jąc sobie jed­no­cze­śnie spra­wę z kru­cho­ści życia. Żaden film, żad­na fik­cja nie są w sta­nie oddać dra­ma­ty­zmu takich chwil, ponie­waż nie ma w nich naj­waż­niej­sze­go ele­men­tu – stra­chu i tro­ski o powo­dze­nie akcji.

Ale ludzie bez technologii niewiele by mogli

Cho­ciaż opo­wieść o TOPR to przede wszyst­kim opo­wieść o ludziach nie moż­na zapo­mnieć, jak waż­ny jest dobry sprzęt. Star­si ratow­ni­cy wspo­mi­na­ją wie­lo­krot­nie, jak postęp tech­no­lo­gicz­ny uła­twiał im pra­cę. Mówią o tym, że „trud­ne tatrzań­skie warun­ki wyma­ga­ją naj­lep­szych, zatem i naj­droż­szych wyna­laz­ków, bo tyl­ko sprzęt wyso­kiej kla­sy jest w sta­nie spro­stać tutej­szym realiom”. Z książ­ki dowia­du­je­my się więc zarów­no, jak wie­le zmie­ni­ło się po wpro­wa­dze­niu tak oczy­wi­stych dla nas dzi­siaj czo­łó­wek, radio­te­le­fo­nów czy sond lawi­no­wych, jak i o mniej nam zna­nych deskach do masa­żu ser­ca czy mikro-USG wiel­ko­ści telefonu.

Dużo miej­sca autor­ka poświę­ca „Soko­ło­wi” – nale­żą­ce­mu do TOPR śmi­głow­co­wi. Nie jest to bez­za­sad­ne. Wpro­wa­dze­nie go do dzia­łań TOPR‑u skró­ci­ło czas dotar­cia na miej­sce z kil­ku godzin do kil­ku­na­stu minut i pozwo­li­ło szyb­ko dostać się w tere­ny trud­no dostęp­ne i wyma­ga­ją­ce mon­to­wa­nia sta­no­wisk lino­wych, co bez wąt­pie­nia ura­to­wa­ło życie nie jed­ne­mu turyście.

Kie­dy czy­ta­łam książ­kę „TOPR. Żeby inni mogli prze­żyć” nie raz mia­łam ciar­ki na ple­cach. Niby się wspi­nam, ale na skał­ki wyso­ko­ści 20 metrów, a ratow­ni­cy zjeż­dża­ją do poszko­do­wa­ne­go cza­sa­mi i 400 metrów na linie. Niby dużo cho­dzę po górach i zda­rzy­ło mi się nie raz zimą, ale nie w warun­kach, kie­dy obok mnie zaraz może spaść lawi­na. Dla­te­go wiel­ki sza­cun Pano­wie i Panie z TOPR – niech Wam się chce dzia­łać dalej!

0 likes
Close