Stasia Budzisz
„Welewetka. Jak znikają Kaszuby”
Wydawnictwo Poznańskie
Stasia Budzisz urodziła się i wychowała na Kaszubach. Do pewnego wieku nie mówiła w ogóle po Polsku. Potem przyszedł moment, kiedy zaczęła się tego wstydzić i całkowicie odcięła się od swojej kaszubskości. Zaczęła studiować filologię polską – czyż może być lepszy kierunek, żeby uciec ze swojej małej ojczyzny? Chciałam być Polką, czystą Polką i tylko Polką, ale z tą moją polskością wiecznie było coś nie tak. Wstydziłam się kaszubskiego akcentu i chłopskiego pochodzenia. Wstydziłam się, że moja rodzina nie kultywuje prawdziwych polskich tradycji. -napisała we wstępie. Z czasem jednak kompleks kaszubskości zaczął zmieniać się w ciekawość. W potrzebę znalezienia własnej tożsamości i historii. W ten sposób powstała “Welewetka. Jak znikają Kaszuby”. Książka niezwykle osobista, pełna rodzinnych historii, własnych refleksji i mądrych rozmów. Książka, która dla osób takich jak ja, które o tym regionie Polski wiedzą niewiele może okazać się bardzo dobrym wstępem do jego zrozumienia.
Dostajemy w książce Stasi Budzisz Kaszuby zarówno współczesne, jak i te historyczne. Nie da się bowiem mówić o tym regionie pomijając ostatnie kilkadziesiąt lat burzliwej historii. Kilka ostatnich pokoleń to kilka różnych traum, dramatów i skomplikowanych zmian. Kaszubi dla każdego byli “ci obcy”. Ci niepotrzebni. W czasach Cesarstwa Niemieckiego czy III Rzeszy zbyt polscy, w czasach II i III Rzeczpospolitej zbyt niemieccy. Oskarżani o kolaborację, zmuszani do wstępowania do armii czy podpisywania Volkslisty… Trudne to wszystko historie, takie, o których niektórzy nie chcą opowiadać i które lepiej ukryć pod płaszczem kłamstwa. Zrobić z dziadka bohatera broniącego Helu, zamiast żołnierza hitlerowskiego. Stasia Budzisz wyciąga wiele takich historii na wierzch, rozmawia o sprawach najtrudniejszych. To książka z jednej strony bardzo osobista, z drugiej zaś wiele w tych opowieściach uniwersalności, rodzina Budziszów jest jedną z wielu, które spotkały podobne losy.
Kaszubi sami zresztą nie umieją odpowiedzieć na pytanie, kim właściwie są. Polakami, Niemcami, czy kimś zupełnie innym. A nawet, jak już określą siebie, że są po prostu Kaszubami to okazuje się, że ta grupa wcale nie jest jednorodna – mamy dwa stowarzyszenia, dwie flagi, dwa hymny. Każdy chce czegoś innego. Te konflikty wewnątrz tak małej grupy nie sprzyjają dbaniu o tradycje i zachowaniu tożsamości. Jak można uczyć języka kaszubskiego, jak nawet jego obecność w szkołach jest dla niektórych dyskusyjna? Zresztą Budzisz pokazuje nam na końcu, że to, co obecnie uważamy za kaszubskie to jedynie przaśny produkt PRLu, skansen wymyślony w ostatnich kilkudziesięciu latach. I daleko temu do prawdziwej kaszubskości budowanej przez wieki.
Na koniec pozostaje pytanie – co z tych Kaszub zostanie w kolejnych pokoleniach? Dom w skansenie postawiony obok domu do góry nogami i Czerwonego Kapturka? Czy może uda się zachować coś więcej.


